Joanna Kurska nie zamierza się poddać. Po tym, jak sąd w lipcu oddalił jej pozew przeciwko TVP, były dyrektorka programowa przygotowuje kontratakę - apeluje, zbiera dokumenty i publicznie robi TVP hańbę.

Sąd oddalił pozew, ale Kurska idzie do boju

Joanna Kurska pozwała TVP dwa lata temu. Powód? Stacja opublikowała informację, że zarabiała 117 tysięcy złotych miesięcznie. Dla byłej dyrektorki programowej to była bomba - według niej kłamstwo na całego. W lipcu sąd jednak stanął po stronie telewizji i oddalił powództwo.

Ale Kurska nie gryzła się w język. "To skandaliczna decyzja sądu. Sędzia stanęła po stronie kłamstwa" - powiedziała w rozmowie z press.pl, nie kryjąc oburzenia. "TVP nigdy nie przedstawiła dowodów na to, że zarabiałam rzekome 117 tys. zł miesięcznie. Nie mogli przedstawić, bo tyle nie zarabiałam i nigdy na moje konto nie wpłynęła taka pensja."

Kurska pokazała przelew. Ile naprawdę zarabiała?

Była dyrektorka już przygotowuje apelację. Do tego załączyła zrzut ekranu przelewu, który miał dowodzić, że jej rzeczywiste zarobki to zaledwie 23 990 złotych brutto. Zdecydowanie mniej od kwoty, którą TVP rozpowszechniała.

Sam fakt, że Kurska dzieli się tymi danymi publicznie, pokazuje, że ma dosyć. Rzecznik prasowy TVP potwierdził, że pełnomocnik powódki złożył już wniosek o sporządzenie uzasadnienia wyroku. Droga sądowa wznawia się.

"Zarobki były wysokie, ale adekwatne"

Co ciekawe - Kurska sama przyznała w lutym 2024 roku na InstaStory, że zarobki, które otrzymywała, były "bardzo wysokie, ale adekwatne do sukcesu rynkowego i ponoszonej odpowiedzialności". Jako dyrektor programowa brała 23 tys. zł brutto. Gdy przeszła na producenta "Pytania na śniadanie", dodały się honoraria za produkcję - razem około 800 złotych dziennie na rękę.

Ale to nie zmienia faktu - według jej rachunków nigdy nie dotarła do kwoty, którą TVP lansowała w mediach. I właśnie to chce udowodnić przed sądem apelacyjnym.

Co na to TVP? Na razie milczą. A Kurska się nie cofnie.