Ojciec zapłacił za wesele, którego córka nie chciała. Ewa Dałkowska stanęła przed urzędnikiem stanu cywilnego nie z miłości do ceremonii, ale dlatego że adwokat z Wrocławia przeprowadził z nią jedną konkretną rozmowę i wyciągnął portfel.
Rok temu, 8 czerwca, odeszła Ewa Dałkowska. Przy tej okazji warto przypomnieć historię jej małżeństwa - bo to nie był zwykły ślub z kwiatami i łzami szczęścia. To była historia pełna przypadków, cudzych decyzji i jednego marzenia, na którego spełnienie aktorka czekała cztery dekady.
Pierwszy mąż: uroczy, ale do ślubu się nie nadawał
Ewa Dałkowska poznała Andrzeja podczas wakacji w Bułgarii - mama wysłała ją tam w nagrodę za magisterium z polonistyki. On był architektem z artystyczną duszą, śpiewał Grzesiuka, pisał piosenki do kabaretu. Brzmi jak scenariusz romansu.
Szybko okazało się, że życie to nie film. "Andrzej miał piękny głos, śpiewał kawałki Grzesiuka, pisał piosenki do kabaretu. To był mój pierwszy facet. Uroczy i serdeczny, ale na męża się nie nadawał, o czym przekonałam się dopiero po ślubie. Okazało się, że to była pomyłka. Byliśmy zbyt młodzi. A może za mało go kochałam?" - wspominała w wywiadzie dla miesięcznika "Pani".
Koniec pierwszego małżeństwa przyszedł na planie filmowym. Trzy lata po szkole teatralnej Dałkowska dostała rolę w "Nocach i dniach" Jerzego Antczaka. Na imprezie po pierwszym klapie podeszła do kierownika produkcji, który bardzo jej się podobał, i poprosiła go do tańca. "Zapytał, czy wytrzymam z nim dwa lata, bo tyle mieliśmy pracować razem. Odpowiedziałam, że owszem i zostaliśmy parą" - opowiadała po latach w rozmowie z "Życiem na gorąco". Do Andrzeja już nie wróciła.
Drugi ślub: zorganizował go ojciec, nie ona
Po rozwodzie Dałkowska miała jedno głębokie przekonanie: drugi raz nie wychodzi za mąż. Papierek niczego nie gwarantuje - powtarzała. Żyła z Tomaszem Miernowskim i nie widziała powodu, żeby to zmieniać.
Zainterweniował ojciec. Ten sam, który kiedyś zapowiedział, że nie da córce ani grosza, jeśli pójdzie na aktorstwo. Tym razem przeprowadził z nią długą rozmowę - i wysłał pieniądze na wesele. "Nie mieliśmy z Tomkiem wyjścia. Zgłosiliśmy się do urzędu stanu cywilnego" - przyznała w wywiadzie dla "Pani".
W 1984 roku urodził się ich syn Ksawery. Para żyła razem, pracowała, wychowywała dziecko. Brakowało jednak jednej rzeczy - tej, na której Dałkowskiej zależało najbardziej.
Przez lata mówiła wprost: chce stanąć z Tomaszem przed ołtarzem. "Małżeństwa zawierane są w niebie. Ślub cywilny to tylko atrapa" - tłumaczyła w "Dobrym Tygodniu". Żeby to się stało, potrzebowała unieważnienia pierwszego małżeństwa przez Kościół.
Czekała na to dekady. W 2017 roku Sąd Metropolitalny zwolnił ją wreszcie z przysięgi złożonej Andrzejowi. Ewa i Tomasz wzięli ślub kościelny - dokładnie w czterdziestą rocznicę ślubu cywilnego. "Teraz dopiero mogę powiedzieć, że jestem naprawdę spełniona i zawodowo, i prywatnie" - powiedziała po ceremonii tygodnikowi "Dobry Tydzień".
Syn Ksawery poszedł w ślady rodziców - pracuje jako asystent reżysera. "Z czułością obserwujemy z mężem jego karierę. Jest naszą wielką miłością" - mówiła "Gazecie Wrocławskiej".
Historia Ewy Dałkowskiej to rzadki przypadek, gdy happy end naprawdę przyszedł - tylko czterdzieści lat później niż planowano. Pamiętacie ją z jakiej roli najbardziej? Napiszcie w komentarzach.




