Ona wychowała się w suterenie na Powiślu bez ojca, on w inteligenckiej rodzinie ze szlacheckim rodowodem - tez bez ojca. Gdy się poznali jako młodzi artyści w Warszawie, Elżbieta Czyżewska była już gwiazdą, Jerzy Skolimowski dopiero uczył się reżyserii. Przez sześć lat tworzyli związek, który plotka i legenda opisywały jako najintensywniejszy romans polskiego kina.
Ona - gwiazda warszawskich salonów, on - student bez pieniędzy
Kiedy Skolimowski poznawał swoją największą inspirację, Czyżewska już zachwycała polskich widzów. Zagrała w "Mężu swojej żony", "Żonie dla Australijczyka" i kilkunastu innych filmach. Prasę fascynowała jej energia, uroda i talent. Nazywano ją "polską Marilyn Monroe". Tymczasem Jerzy Skolimowski siedział w łódzkiej szkole filmowej, pracując nad swoim pierwszym filmem "Rysopis".
Ale nawet przed tym, nim ukończył edukację, już wiedzieli wszyscy w środowisku - ten chłopak nie będzie jednym z wielu. Wcześniej studiował archeologię, pisał wiersze, malował. Andrzej Wajda osobiście miał go zachęcić do reżyserii. Jednak Skolimowski, w przeciwieństwie do swojej przyszłej partnerki, nie lubił "zbiorowych imprez". Lubił pracować sam na sam.
Wspólny ból - oboje stracili ojców zbyt wcześnie
To, co łączyło Czyżewską i Skolimowskiego, okazało się silniejsze niż różnice klasowe. Czyżewska urodzona w 1938 roku straciła ojca w wyniku wojny. Jej matka Joanna, krawcowa, pozostała sama z dwiema córkami. Zaczęła pić. Elżbieta miała niespełna dziewięć lat, gdy trafiła z siostrą do ośrodka w Konstancinie - opuszczona, żeby matka mogła się "pozbierać".
Skolimowski również nie miał tego szczęścia. Choć jego rodzina była inteligencją, los zabrał mu ojca. Trafił do specjalnej instytucji opiekuńczej. Oboje zbyt wcześnie nauczyli się, że najbliższy świat może zniknąć z dnia na dzień.
Może właśnie dlatego, kiedy spotkali się w warszawskim środowisku artystycznym, rozpoznali się natychmiast. Byli sobie równi w ambicjach, w trudnych charakterach, w tym, że chcieli życia garściami.
"Zagrała po przyjaźni i bezpłatnie" - ale była dla niego kimś więcej
W "Rysopisie", debiucie Skolimowskiego, Czyżewska zagrała aż trzy role. Zmieniała peruki, charakteryzację, robiła wszystko, żeby film się udał. Plotkowano, że zagrała "po przyjaźni", bezpłatnie. Ale wszyscy wiedzieli - to nie była zwykła kolaboracja.
Zamieszkali razem w małej kawalerce na warszawskiej Woli. Żyli jak artyści z epoki: materace na podłodze, wszędzie scenariusze, książki, ubrania. Chaos wszędzie. Ale Czyżewska pomogła mu wejść do warszawskiego środowiska, do Studenckiego Teatru Satyryków, gdzie prezentował swoje wiersze. On widział w niej coś więcej - muzę, którą trzeba "reżyserować" w życiu.
Mówili, że Skolimowski kierował nią nawet poza planem. Ale Czyżewska miała swoje zdanie - była równoprawną partnerką, nie tylko jego tworem.
Sześć lat intensywności i sztuki
Ich związek trwał sześć lat. Każdy dzień to była sztuka. Każda rozmowa to była scenariusz. Oboje byli zbyt ambitni, zbyt trudni charakterami, zbyt pełni ognia, żeby to mogło trwać wiecznie. Los, który ich połączył - dziecka z biednego Powiścia i z inteligenckiej rodziny - ostatecznie ich rozdzielił.
Czyżewska nie mogła przeżyć jego ślubu. Podobno obejrzała go z oddali i wiedziała, że ten rozdział zamknął się na zawsze. Ale na mapie polskiego kina pozostali - jako para, która wciąż inspiruje, wciąż robi wrażenie, wciąż jest opowiadana szeptem.
Co myślisz - czy to była miłość czy artystyczna obsesja? Komentuj poniżej.


