Piotr Cyrwus pojechał do Warszawy po casting do filmu. Wrócił jako Rysiek Lubicz - i nie mógł się od tej roli uwolnić przez półtorej dekady.

Piotr Cyrwus pojechał do Warszawy po casting do filmu. Wrócił jako Rysiek Lubicz - i nie mógł się od tej roli uwolnić przez półtorej dekady.

Zanim trafił na plan Klanu, Cyrwus był aktorem teatralnym z dorobkiem. Grał w Teatrze Starym, zaliczał spektakle, zbierał doświadczenie. Pieniędzy jednak brakowało. W wywiadzie dla Gazeta.pl przyznał wprost, że zdarzało mu się martwić o to, czy będzie w stanie kupić dzieciom sportowe buty - i to mimo ponad dwudziestu spektakli miesięcznie.

Myślał, że jedzie na casting do filmu. Czekał go szok

Casting do Klanu wygrał, nie wiedząc, co tak naprawdę wygrał. Myślał, że to rola filmowa. Okazało się - serialowa, z kontraktem na sześć miesięcy. Te sześć miesięcy przeciągnęło się do czternastu lat. "Pojechałem do Warszawy, wygrałem casting, myśląc, że to do jakiegoś filmu, a tu okazało się, że do serialu 'Klan', który miał trwać sześć miesięcy, a w moim przypadku trwał 14 lat" - opowiadał Cyrwus w rozmowie z Gazeta.pl.

Sława przyszła szybko. I natychmiast zaczęła ciążyć. Obcy ludzie na ulicy wołali "Rysiek", klepali po ramieniu, traktowali jak starego znajomego. Spokojny, ugrzeczniony Lubicz okazał się tak przekonujący, że widzowie po prostu przestali odróżniać aktora od postaci.

"Drażniła mnie ta popularność. Momentami nie mogłem jej unieść"

Cyrwus nie gryzł się w język, opisując tamten okres. "Wtedy mnie ta popularność drażniła, momentami nie mogłem jej unieść, ale dziś mam już do niej dystans" - powiedział Gazeta.pl. Dodał, że wcześniej słyszał o tym, jak wygląda sława w serialowym kraju, ale rzeczywistość go zaskoczyła.

W 2011 roku odszedł z planu. Nowy etap, nowe role, nowe życie. Tyle że Rysiek nie odszedł razem z nim. Do dziś, gdy Cyrwus pojawia się gdzieś w Polsce, słyszy to samo imię. Nie złości się już. "Nie da się odciąć" - mówi po latach z wyraźnym spokojem.

Dziś jeździ ze spektaklem Optymiści. Widzowie piszą mu, że w końcu widzą aktora - nie Ryśka. To dla niego ważne. "Robię następne role i myślę o tym, żeby jak najlepiej zagrać, żeby mnie to satysfakcjonowało" - przyznał w tym samym wywiadzie.

Czternaście lat w jednej roli, którą dostał przez przypadek, w serialu, który miał trwać pół roku. Brzmi jak historia z dobrego scenariusza - tylko że tu scenariusz pisało życie. Co sądzicie - dało się to znieść, czy każda taka rola to pułapka? Piszcie w komentarzach.