Czterdzieści lat na tej samej scenie, jeden mąż, jeden syn - i zero żalu. Hanna Stankówna budowała życie powoli, ale solidnie. Teraz to Kacper Lisowski nosi rodzinne nazwisko na festiwalach.

Hanna Stankówna nie była gwiazdą, która lubi hałas wokół siebie. Przez ponad trzy dekady przychodziła wieczorami do Teatru Polskiego przy Karasiu, grała i wracała do domu. Żadnych skandali, żadnych wojen z reżyserami w prasie. Tylko praca i rodzina.

A rodzina była dla niej wszystkim.

Miłość przy wspólnych znajomych

Jerzy Lisowski - krytyk literacki, tłumacz, syn Polaka i Francuzki - pojawił się w jej życiu na początku lat 60. Poznali się na przyjęciu u wspólnych znajomych, zamienili kilka zdań i rozeszli. Los jednak nie odpuszczał: wkrótce oboje byli po rozstaniach i znów weszli sobie w drogę. Jerzy właśnie kończył pierwsze małżeństwo z Anną Horoszkiewicz, z którą miał syna Michała. Hanna też była świeżo wolna.

Wystarczyło kilka rozmów. Zakochali się bez ostrzeżenia.

"Bezpośredni, ujmujący, uśmiechnięty" - tak wspominała go później na antenie Polskiego Radia. Starszy o 10 lat, z ujmującym uśmiechem i - jak podkreślała - mnóstwem serdeczności dla ludzi. Brzmi jak ideał? Podobno tak właśnie było.

Jerzy trafił do Warszawy dzięki Jarosławowi Iwaszkiewiczowi, którego opowiadanie przetłumaczył jeszcze jako student w Lille. Pisarz polecił go wydawnictwu "Czytelnik", potem przyszła "Twórczość" - miesięcznik, którego Lisowski został z czasem redaktorem naczelnym i w którym pracował aż do śmierci 11 września 2004 roku.

Hanna przeżyła go o kilka lat. Do końca mówiła, że był miłością jej życia.

Kacper poszedł własną drogą - i dobrze na tym wyszedł

Za swój największy sukces Stankówna uważała nie rolę w "Karierze Nikodema Dyzmy" ani 40 lat na scenie przy Karasiu. Uważała go syna. Kacper Lisowski - jedyne dziecko jej i Jerzego - nie poszedł ani w ślady matki-aktorki, ani ojca-humanisty. Wybrał Wydział Operatorski łódzkiej Filmówki i kamerę.

Przez lata pracował jako operator. Potem zaczął reżyserować. Jego krótkometrażowa fabuła "Ojcze masz" zebrała nagrody na festiwalach - ale Jerzy Lisowski jej premiery już nie zobaczył.

Hanna Stankówna w rozmowie z "Tele Tygodniem" mówiła wprost: "Aktorstwo to był mój pomysł na siebie i na życie. Ktoś powiedział, że aktor gra nie po to, by zarabiać na życie. Gra, bo zwariowałby, nie grając."

Kacper wybrał inną formę opowiadania historii. Matka była z niego dumna. I to chyba wystarczy za całą recenzję.

Czy kariera syna to najlepszy hołd, jaki można złożyć rodzicom z takimi nazwiskami? Napiszcie w komentarzach.