Kinga Rusin zniknęła z internetu 29 maja i przez ponad miesiąc ani słowa. Żadnego stories, żadnego posta - cisza, która zaczęła niepokoić nawet jej wiernych obserwatorów.
Dla kogoś, kto od lat dokumentuje każdą podróż w sieci, miesiąc bez aktywności to naprawdę dużo. Fani byłej gwiazdy TVN zaczęli pytać w komentarzach, czy wszystko w porządku - bo Rusin słynie z tego, że potrafi relacjonować życie niemal na bieżąco.
Co się działo przez te ponad cztery tygodnie?
Nic dramatycznego - i to jest właśnie clue tej historii. W czwartek rano Rusin wróciła na Instagram z krótkim ogłoszeniem: "Wróciłam do gry!" - napisała w poście, który rozwiał wszelkie obawy. Wyjaśniła, że po intensywnym pobycie w Japonii ona i jej partner Marek Kujawa po prostu potrzebowali oddechu od social mediów. "Po naszej bardzo intensywnej podróży po Japonii potrzebowaliśmy odrobiny spokoju. Social media poszły na chwilę w odstawkę, ale taki reset dobrze robi od czasu do czasu" - przekazała w tym samym wpisie na Instagramie.
Przerwa od telefonu to jedno, ale Rusin nie próżnowała. Czerwiec spędziła aktywnie - i to dosłownie. Wróciła do kitesurfingu po wcześniejszym wypadku, który podobno przez jakiś czas ją hamował. "Powrót po wypadku do kajta, tak jak wcześniej na narty, był dla mnie dużym wydarzeniem. Początki były nieśmiałe, bo gdzieś z tyłu głowy został jednak lekki uraz, ale na szczęście szybko minął" - wyznała na Instagramie. I dodała, że jazda przy prędkości 25-30 węzłów to "totalna radość i wolność i adrenalina i serotonina".
Grecja, morze i "dzień świstaka" - tak wygląda jej życie teraz
Rusin zdradziła też, gdzie spędza czas z Kujawą. Od lat w czerwcu wyjeżdżają na Rodos, konkretnie na plażę Prasonisi, którą nazywa swoją ulubioną "kajtową" bazą. "Każdy poranek rozpoczynamy od powitania z błękitnym morzem, to nasz święty rytuał. Uwielbiamy oboje ten moment, kiedy na plaży jesteśmy tylko my i szum fal" - napisała na Instagramie.
Brzmi jak idylla? Bo jest. Rusin przyznała zresztą bez ogródek, że lubi tę powtarzalność - "dzień świstaka", jak to sama określiła - bo przy ich normalnym tempie życia taka "nuda" jest wyjątkowo kojąca. Do późnego popołudnia pracują zdalnie, potem obiad z widokiem na morze, wieczorami spotkania towarzyskie i rodzinne. "Idealny balans" - podsumowała.
Od kiedy Rusin rzuciła pracę w TVN, jej życie wygląda mniej więcej właśnie tak. Podróże, sport, Marek Kujawa u boku i Instagram pełen słonecznych kadrów. Jedyna różnica tym razem - przez chwilę tego Instagrama po prostu nie było.
Czy takie cyfrowe detoxy to przywilej tylko gwiazd, które mogą sobie pozwolić na miesiąc bez pracy? Dajcie znać w komentarzach.



