Jan Englert zaproszony na kolację u sławnych znajomych chciał błysnąć swoim talentem. Kiedy na prośbę pani Zofii Łapickiej zaczął parodiować jej męża, wokół niego zapanowała przytłaczająca cisza. Lekcja pokory, którą wtedy otrzymał, pamiętał przez lata.
Kiedy pewność siebie staje się pycha
Jan Englert przez dziesięciolecia budował reputację znakomitego aktora. Lata spędzone na scenie, kierowanie Teatrem Narodowym, uznanie środowiska - wydawało się, że może sobie pozwolić na wszystko. Aż do jednej kolacji u Andrzeja i Zofii Łapickich.
W swojej książce "Bez oklasków" Englert opowiedział, jak znany był z doskonałych parodii swojego kolegę. "W środowisku znany byłem z tego, że świetnie parodiowałem Łapickiego, również przez telefon, i niektórzy się na to nabierali" - wspomina aktor. Podobno czasami nawet oszukiwał ludzi, podszywamiając się pod niego w rozmowach telefonicznych.
Wśród gości kolacji znaleźli się Konwicki, Dygat i rodzina Trzaskowskich. Elegancka atmosfera, znane nazwiska, prestiż. W takim towarzystwie Englert czuł się pewnie.
Próba, która skończyła się fiaskiem
Po deserach pani Zofia zwróciła się do aktora z prośbą: "Panie Janku, podobno pan świetnie udaje Andrzeja. Mamy taką prośbę, żeby nam pan to zaprezentował". To była pułapka, choć Englert tego nie wiedział.
"W swojej próżności dałem się namówić" - przyznał szczerze. Zaczął swoją parodię przy stole pełnym znanych ludzi. Czekał na śmiech, na poklask, na uznanie. Zamiast tego - nic. Zupełnie nic.
"Szybko zrozumiałem, że to zostało zaplanowane" - wspomina. Wszyscy siedzieli w milczeniu, patrząc na niego z wyraźną dezaprobatą. To była świadoma, skoordynowana lekcja pokory dla zbyt pewnego siebie aktora.
"Momentalnie zwiądłem. Skończyłem, powiedziałem: Nie no, dziś mi jakoś nie idzie" - opisuje moment, gdy zdał sobie sprawę, że coś poszło nie tak. Bez żadnego komentarza rozmowa wróciła do innych tematów, jakby nic się nie stało.
Wyrzucenie z salonu, które go zmieniło
Englert czekał kilka minut, by nie dać im satysfakcji, że go zranili. Potem wstał i pożegnał się. "Przyjęli to jako właściwe zachowanie. Zostałem wyrzucony z salonu" - mówi bez złości, raczej ze zrozumieniem dla tego, co się wtedy stało.
To doświadczenie miało głębokie znaczenie dla jego osobistego rozwoju. "To była jedna z większych klęsk zawodowych mojego życia" - przyznaje szczerze. Jednak wie, że lekcja była potrzebna.
"Ta opowieść nie jest o Łapickim, jest o mnie" - kończy Englert swoją anegdotę. Nigdy więcej nie parodiował swojego słynnego kolegi publicznie. Ci, którzy zaplanowali tę kolację, skutecznie "wyleczyli go z parodiowania Łapickiego".
Dzisiaj, gdy Englert cieszy się szacunkiem jako jedna z ikon polskiego teatru, wspomina to zdarzenie bez urazów. Może dlatego, że nauczył się wtedy najważniejszej lekcji - że talent to jedno, ale pokora to wszystko.




