Na ekranie rozśmieszał miliony. W domu siedział w pokoju, czytał i nie odrywał wzroku od telewizora - nawet ucząc się roli na pamięć. Barbara Stuhr po raz pierwszy tak szczerze opowiedziała o prywatnym obliczu męża.

9 lipca miną dwa lata od śmierci Jerzego Stuhra. Aktor odszedł w wieku 77 lat po długiej chorobie, zostawiając za sobą jedną z najbogatszych filmografii w historii polskiego kina. Żona Barbara nie pozwala, by pamięć o nim przygasła - i właśnie rusza z drugą edycją festiwalu Stuhralia.

Stuhralia wraca do Krakowa - ale tym razem z obawami

2 lipca w Pałacu Nieśmiertelności w Krakowie i w Wieliczce startuje drugi festiwal poświęcony twórczości Jerzego Stuhra. Barbara Stuhr przyznała w programie "Pytanie na śniadanie", że tym razem jest trudniej niż rok temu. "Przy drugiej edycji trochę jest gorzej, bo ludziom już emocje troszeczkę opadły, trudniej zebrać pieniążki" - powiedziała wprost.

Wdowa nie ukrywa, że przyszłość festiwalu stoi pod znakiem zapytania. "Prawdę mówiąc, to nie wiem, czy następna edycja się odbędzie, bo zobaczymy, jak wypali i czy jest takie zapotrzebowanie społeczne" - dodała w tym samym wywiadzie. Jeśli tegoroczna edycja się uda, Barbara Stuhr chciałaby przenieść Stuhralia na wiosnę - żeby data kojarzyła się z urodzinami aktora, nie z jego śmiercią.

"Jaskiniowiec" - takim go zapamiętała żona

Jerzy Stuhr, który na ekranie bawił się rolami głośnych, ekspresyjnych postaci - Lutek z "Wodzireja", Maks i Nadszyszkownik Kilkujadek z filmów Machulskiego, kultowy Osioł ze "Shreka" - prywatnie był zupełnie innym człowiekiem. Barbara Stuhr opisała go jednym słowem: jaskiniowiec.

"W domu był jaskiniowcem, tzn. siedział w pokoju, czytał. Miał fantastyczną podzielność uwagi. Ponieważ lubił być na bieżąco, więc cały czas chodził telewizor, a on się uczył roli na pamięć" - opowiedziała w "Pytaniu na śniadanie".

Nie znaczy to, że był nieobecnym ojcem. Barbara Stuhr wspomniała konkretną historię z synem Maćkiem: kiedy chłopakowi groziło zostanie na drugi rok w szkole, poprosiła męża, żeby poszedł do dyrekcji. Stuhr miał się opierać - tłumaczył, że przecież ma nagranie. Żona postawiła sprawę jasno. I aktor się zjawił. "Jak był rzeczywisty moment zagrożenia, to się zjawiał. Drobnostki były do mnie" - skwitowała.

Obraz, który wyłania się z jej słów, jest bardzo ludzki: wielki aktor, który w czterech ścianach potrzebował spokoju i ciszy, ale w kryzysie - był. Czy to wystarczy, żeby festiwal jego imienia przetrwał kolejne edycje? Barbara Stuhr liczy, że Polacy dadzą odpowiedź kupując bilety.