Krzysztof Piasecki poszedł do ZUS-u z konkretnym pytaniem - ile będzie zarabiać na emeryturze, jeśli płacił najwyższą stawkę. Pracownica nie wyliczała mu suchych liczb. Dała mu radę, którą satyryk do dziś uważa za najlepszą decyzję swojego życia.
Co powiedziała pracownica ZUS-u?
Kiedy Piasecki był w szczycie kariery i zarabiał dobrze, postanowił zaplanować swoją przyszłość. Poszedł do ZUS-u, by dowiedzieć się, jaka czeka go emerytura. Pracownica najpierw zadała pytanie - czy zarabia dużo. Gdy potwierdził, odpowiedziała bez owijania: "Niech pan sobie kupi pensjonat w Zakopanem".
To była rada, a nie wyliczenie emerytalne. Pracownica sugerowała wprost - nie polegaj na państwowej emeryturze, odłóż sobie pieniądze na własne konto. Piasecki posłuchał tego głosu rozsądku.
Piasecki żyje z tego, co odłożył
Satyryk nigdy nie ujawnił dokładnej kwoty swojego świadczenia. Nie kupił też pensjonatu w Zakopanem - przynajmniej nie przyznał się do tego publicznie. Ale posłuchał ducha tej rady. "Miała rację, odłożyłem pieniądze i z tego żyję" - powiedział w rozmowie ze Złotą Sceną.
Dziś Piasecki nie jest już regularnie obecny na scenach. Pracuje dla Radia 357, gdzie przygotowuje felietony, i dla Radia Kraków, gdzie robi cotygodniowy przegląd prasy. To jednak znacznie mniej niż w czasach, gdy z Januszem Rewińskim prowadził "Alę plamę" i był wszechobecny w mediach.
W rozmowie z Onetem przyznał niedawno, że przejście na emeryturę nie zmieniło jego samopoczucia na lepsze. "Sama emerytura nie wpłynęła jakoś fantastycznie na moje samopoczucie" - wyznał. Ale praca w radiu i oszczędności odłożone w przeszłości dają mu spokój finansowy, którego wielu emerytów pozazdrości.
Morał z tej historii? Czasem najlepsza rada przychodzi z zaskakującej strony - i nie trzeba jej być milionerem, by ją docenić.



